Rozdział 4: Bawimy się wordpressem

Ostatnio opowiadałam Wam co nieco o moim zakurzonym, zapuszczonym i niemal zanietoperzonym blogu na wordpressie, który zakładałam podczas warsztatów kilka lat wcześniej. Potraktowałam go brzytwą Ockhama i zresetowałam wszelkie ustawienia. Co było dalej?

Jako że ten blog dalej ma być ćwiczebny, nie poświęciłam zbyt wiele czasu na zastanawianie się, o czym chcę, żeby był. Napisałam wstępnie dwie bardzo ogólnikowe notki, luźne spostrzeżenia – byleby mieć jakąś treść (pardon, oczywiście „content”) i ogląd, jak notki będą wyglądać na stronie oraz jakie mam pole manewru na ostatecznym wyglądzie strony. Wiadomo, dany szablon, mimo że darmowy, dalej jest własnością intelektualną danego projektanta, więc nie można zbyt wiele w nim dłubać. I szczerze mówiąc, nawet się nie da, bo pole do edycji szablonu zawsze jest określone „z góry” – zakładam, że przez tych projektantów właśnie. Na jednym szablonie możesz zmienić kolor tła i zdjęcia, a na innym tylko kolor tła – dlatego czasami ciężko się zdecydować, a niemożność całkowitego dostosowania rodzi lekką frustrację.

Nadszedł czas na wybór szablonu. Założyłam sobie, że nie chcę już takiego, jakie były na starych blogach sprzed dziesięciu lat, czyli litym tekście do scrollowania – teraz chciałam „spis treści” notek na stronie głównej, na których widać tylko początek notki. Tu możemy użyć szumnego sformułowania „lead”, ale akurat ten szablon sam sobie go wycina z pierwszych zdań notki, więc nie masz na to wpływu. Pierwszy minus i naturalnie – nie można tego edytować.

Odezwała się również moja dziennikarska dusza i stwierdziłam, że chcę do wpisów dawać obrazki – wszak nie ma dobrego artykułu bez reporterskiego zdjęcia. W moim wypadku – jakiegokolwiek, byleby pasującego zdjęcia, z zasobów własnych lub darmowych stocków. Dlatego obok leadów znajdują się miniatury grafik użytych w tekście. Notkę przeczytać możesz dopiero po kliknięciu w tytuł, rozwinięcie w postaci wyróżnionego CZYTAJ DALEJ lub zdjęcia właśnie. No to klikam.

I co widzę? Zdjęcie owszem, jest, ale jako tło do tytułu. Trochę dziwnie to wygląda, skoro na samej górze również jest zdjęcie tła samego szablonu. Tu również chciałabym mieć możliwość edycji, zmniejszyć to zdjęcie i wstawić je w tekst – co akurat mogę zrobić ręcznie z pozycji edycji notki (i zrobiłam, wstawiłam zdjęcie do tekstu bez problemu), ale nie mogę usunąć tego zdjęcia w „tle tytułu”. To znaczy oczywiście mogę, ale jeśli to zrobię, stację kafelek na stronie głównej, czyli mój śliczny spis notek. I tak źle, i tak niedobrze.

Próbowałam zatem zmienić szablon, jednak zawsze trafiałam na ten sam problem – pojawiał się mur nie do przeskoczenia w postaci braku możliwości edycji ważnych estetycznie aspektów, jak chociażby kolor tła dla tekstu. Jestem szczerą i legendarną antyfanką białego tła dla ciemnego/czarnego tekstu, kojarzy mi się z książkami akademickimi. Teraz już nawet książki przygodowe drukują na przyjemniejszym dla oka, beżowym papierze, więc dlaczego twórcy szablonów z uporem maniaka chcą nam wcisnąć białe, „szkolne” tło?

Koniec końców, powróciłam do pierwszego szablonu, który dawał mi największą możliwość bawienia się układem i kolorem. W następnym wpisie opowiem Wam o tym, gdzie napotkacie „opór” wordpressa i dlaczego będziecie chcieli sami nauczyć się tworzyć taki system…

fot. pixabay

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz